DEDYKUJĘ TĘ KSIĄŻKĘ MOJEJ MAMIE , która zachęcała mnie do tego, abym nie przestawała pisać, i we wzruszający
sposób wyrażała swoje uznanie dla mojej pracy. Trzymała rękopis przy łóżku, żeby go co rano czytać. Gdy któregoś
razu wyjechała, poprosiła mnie, abym codziennie przesyłała jej swoje prace faksem. Kiedy zmarła na raka, odkryłam,
że przepisywała ich fragmenty do dziennika. Moja mama, która modliła się za mnie w lepszych i gorszych okresach,
włączając w to moje lata buntu, w pełni otworzyła swoje serce na moje utwory religijne. Pragnęła pisać książki dla
dzieci, o czym często mówiła, ale to marzenie nigdy się nie ziściło. Jednak w pewnym sensie napisała książkę – tę
książkę – za moim pośrednictwem.
Dziękuję, Nani!
Twoje dziedzictwo jest wciąż
żywe!
WSTĘP
Obecności Boga doświadczyłam po raz pierwszy w malowniczo pięknej scenerii. Mieszkałam i studiowałam wtedy we wspólnocie w maleńkiej wiosce po francuskiej stronie Alp. Był to jeden z ośrodków L’Abri, międzynarodowej organizacji o charakterze duszpasterskim założonej w Szwajcarii przez Francisa i Edith Schaefferów 1. Podczas swojego pobytu w L’Abri mogłam do woli zwiedzać bajkowe okolice. Zbliżał się koniec zimy i południowe słońce świeciło tak mocno, że można się było opalać, lecz ziemię wciąż jeszcze pokrywała gruba warstwa śniegu. Rażące promienie słoneczne odbite od nieskazitelnie białego śniegu rozpraszały ciemności umysłu, które od lat zniewalały moje myśli.
Codziennie wspinałam się na wysokie wzgórze, aby zachwycić swoją duszę widokiem, jaki
się stamtąd
rozciągał. Stojąc na szczycie, zatracałam się w krajobrazie nieskończonego piękna. W dole leżała wioska, która
stała się moim domem. W jej panoramie dominował strzelisty kościół. Po drugiej stronie wzgórza znajdowało się
Jezioro Genewskie, które słało mi swoje pozdrowienia, odbijając promienie słoneczne. Gdy podniosłam głowę,
widziałam wokół siebie ośnieżone szczyty Alp. Obracałam się ku nim dziesiątki razy, aby wchłonąć tyle, ile tylko
się dało, mając do dyspozycji dwoje oczu i ograniczony umysł.
Jako córka nauczyciela akademickiego zawsze byłam zachęcana do tego, aby dużo czytać i
samodzielnie
myśleć. W tamtym okresie miałam już za sobą studia filozoficzne na Wellesley College i kończyłam studia
magisterskie na Tufts University. Kilka miesięcy wcześniej brat poprosił mnie, abym przeczytała książkę Escape
from Reason [Ucieczka od rozumu] Schaeffera. Ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu i ogromnej radości ta mała
książeczka odpowiedziała na pytania, które już dawno od siebie odsunęłam, uznając je za pozbawione odpowiedzi.
To właśnie wierność Schaeffera jego własnym przekonaniom przywiodła mnie do tego nieskażonego miejsca.
Znalazłam się tam, bo szukałam prawdy, lecz dopiero cudowne dzieło stworzenia sprawiło, że otworzyłam swoje
serce na Pana.
Któregoś wieczora opuściłam naszą ciepłą, przytulną chatkę, żeby przespacerować się wśród
zaśnieżonych
gór. Wędrowałam pośród gęsto rosnących drzew i czułam się bezbronna oraz pełna podziwu dla tego zimnego,
srebrzystego piękna. Powietrze było suche i rześkie, aż kłuło w nozdrza. Nagle poczułam, że otula mnie ciepła
mgła. Zdałam sobie sprawę z cudownej Obecności Pana i szepnęłam bezwiednie: „Słodki Jezu”. Nigdy wcześniej
nie używałam tego zwrotu i byłam wstrząśnięta, słysząc samą siebie z taką czułością zwracającą się do Jezusa.
Kiedy rozmyślałam nad tym krótkim westchnieniem, zdałam sobie sprawę, że była to reakcja nawróconego serca.
Gdy uświadomiłam sobie ten fakt, zrozumiałam, że należę do Pana. Miało to o wiele większe znaczenie niż
rzeczowe odpowiedzi, których szukałam. Oto bowiem nawiązałam relację ze Stworzycielem wszechświata.
Rok później, już po powrocie do Stanów Zjednoczonych, ponownie doświadczyłam Obecności
Jezusa.
Opłakiwałam właśnie rozpad poważnego związku i zastanawiałam się, czy fakt, że jestem chrześcijanką, ma
jakikolwiek wpływ na jakość mojego życia.
Pracowałam wtedy w Virginii jako autorka dokumentacji technicznej. Któregoś dnia szef
wysłał mnie na
konferencję do Atlanty. Kierowana poczuciem obowiązku, zgodziłam się wykonać to polecenie i bez entuzjazmu
zameldowałam się w hotelu. Gdy znalazłam się sama w pokoju, poczułam, jak zalewa mnie fala osamotnienia.
Próbując przed nią uciec, wyszłam z hotelu i zaczęłam krążyć bez celu ulicami Atlanty. Rzuciłam okiem na kilka
książek leżących na ulicznym straganie. Moją uwagę zwróciła pozycja Beyond Ourselves [Poza
nami] autorstwa
Catherine Marshall. Przeczytałam ją tego samego wieczora i już nie czułam się samotna. Klęknęłam przy łóżku
w sterylnym hotelowym pokoju i poczułam wszechogarniającą Obecność – moje serce napełniło się pokojem
i miłością. Wiedziałam, że Jezus jest ze mną, i łączy się ze mną w bólu. Był to niewątpliwie ten sam „słodki
Jezus”,
którego spotkałam w Alpach.
Przez kolejne szesnaście lat wiodłam – można by powiedzieć – przykładne chrześcijańskie
życie. Podjęłam
studia w Covenant Theological Seminary w St. Louis, gdzie zdobyłam tytuł magistra w zakresie poradnictwa
psychologicznego i nauk biblijnych. Tam poznałam swojego przyszłego męża, Steve’a, misjonarza, który zgodnie
z dwupokoleniową rodzinną tradycją pracował w Japonii. Po studiach dwukrotnie wyjechaliśmy na cztery lata do
Japonii, gdzie pracowaliśmy przy zakładaniu kościołów. Podczas pierwszego pobytu na świat przyszła nasza
córeczka, a podczas spędzonej w USA przerwy między kolejnymi misjami urodził się nam synek. Następnie
wróciliśmy na trzy lata do Stanów. Mieszkaliśmy w Atlancie, gdzie Steve pracował w miejscowym kościele dla
Japończyków, a ja zdobyłam kolejny tytuł zawodowy w zakresie poradnictwa psychologicznego na Georgia State
University.
W ramach zdobywania doświadczenia zawodowego pracowałam w poradni chrześcijańskiej w
rejonie Atlanty.
Uwielbiałam pomagać głęboko zranionym kobietom szukać uzdrowienia w Chrystusie. Przepełniała mnie też
wdzięczność, ponieważ miałam dobrego, kochającego męża i dwójkę wspaniałych dzieci, które były największą
radością mojego życia. Jednak w ciągu tych szesnastu lat ani razu nie doświadczyłam żywej Obecności Jezusa.
W rezultacie latem 1990 roku ponownie zaczęłam jej szukać. Najpierw pogrążyłam się w
książce modlitewnej
Abiding Presence [Stała obecność] autorstwa Andrew Murraya. Autor uważa, że chrześcijanie
powinni
nieustannie doświadczać Obecności Boga. Murray podkreśla, że to ważne, abyśmy jak najczęściej spędzali czas
tylko z Panem, pogrążeni w cichej, nieprzerwanej rozmowie.
W czasie gdy zaczynałam tę lekturę, przeżywałam dość burzliwy okres. Czekaliśmy właśnie na
wizy
zezwalające na pobyt w Australii, gdzie chcieliśmy założyć kościół dla Japończyków żyjących w Melbourne.
Musiałam zrezygnować z satysfakcjonującej mnie pracy doradcy, aby przygotować się do przeprowadzki, i powoli
przyzwyczajałam się do tej straty. W czasie tych przełomowych zmian zaczęłam na poważnie szukać Bożej
Obecności. Dzień rozpoczynałam od spotkania z Panem, zaopatrzona w Biblię, książkę modlitewną, dziennik,
długopis i kawę. Gdy tak trwałam w Bożej Obecności, Pan zaczął się przede mną odkrywać. Godzina lub dwie sam
na sam z Bogiem mijały zdecydowanie zbyt szybko.
Niepewność, której musiałam stawić czoła w tamtym okresie, jeszcze bardziej zbliżyła mnie
do Boga. Wraz
z mężem nie mieliśmy pojęcia, kiedy otrzymamy wizy zezwalające na stały pobyt, więc okres oczekiwania zdawał
się nie mieć końca. Przeszłam w tamtym czasie cztery operacje, w tym dwie na czerniaka. Werset biblijny, który
dodawał mi otuchy w tym trudnym okresie oczekiwania, towarzyszył mi także podczas niekończącego się lotu do
Australii: „O tak, z weselem wyjdziecie i w pokoju was przyprowadzą” (Iz 55,12)2.
Osiedliliśmy się w Australii i każde z nas rozpoczęło swoją podwójną posługę. Wspierałam
Steve’a w tworzeniu
pierwszego w Melbourne kościoła dla Japończyków, ale moja służba polegała przede wszystkim na udzielaniu
wsparcia psychologicznego australijskim kobietom. Część z nich wychodziła z duchowej niewoli i traumy
spowodowanej strasznymi nadużyciami.
Ta intensywna działalność misyjna sprawiła, że nasza rodzina została narażona na poważne
zagrożenia natury
duchowej i co dzień rano modliłam się o ochronę. Któregoś ranka, gdy wznosiłam swoje modlitwy, wyobraziłam
sobie, jak Bóg osłania każdego z nas po kolei. Zobaczyłam najpierw naszą córkę, potem syna, a potem Steve’a
w otoczce złocistego światła opiekuńczej Bożej Obecności. Gdy modliłam się we własnej intencji, nagle opromieniło
mnie jaskrawe światło i poczułam głęboki spokój. Doświadczając Obecności Boga w ten intensywny sposób,
zupełnie straciłam poczucie czasu. To przeżycie było dla mnie zaskoczeniem, ale przyjęłam je z wdzięcznością,
mocniejsza na duchu.
Zaledwie dwa lub trzy dni później jedna z moich podopiecznych, ofiara kazirodztwa, zaczęła
opowiadać mi
o swoich doświadczeniach związanych z satanistycznymi nadużyciami rytualnymi3 . Ta forma kultu Szatana wiąże
się z poddawaniem ofiar (często małych dzieci) niesłychanie okrutnym, hańbiącym torturom. Wspólnie z moją
dzielną podopieczną przeprawiłyśmy się przez mroki jej wspomnień. Bóg przygotował mnie na tę ciemność,
opromieniwszy mnie wcześniej swoim cudownym Światłem. Zrozumiałam wtedy, że moje doświadczenia
związane z Bożą Obecnością mają służyć nie tylko mojemu dobru, ale też dobru innych.
W tym samym roku (1992) zaczęłam czytać God Calling [Bóg mówi do
ciebie], książkę
modlitewną napisaną
przez dwie anonimowe „słuchaczki”. Autorki w milczeniu trwały przy Bogu z kartą i długopisem w dłoni
i zapisywały wszystko, co Pan im przekazał. Wiadomości zostały zapisane w pierwszej osobie, a zaimek „Ja”
odnosi się do Boga. Ktoś przesłał mi tę książkę ze Stanów, gdy jeszcze mieszkałam w Japonii. Wtedy jej nie
przeczytałam, ale zachowałam ją w swoich zbiorach mimo dwóch międzynarodowych przeprowadzek. Sześć lub
siedem lat później ta niepozorna broszurowa publikacja stała się moim skarbem. Niezwykle silnie sprzęgła się
z pragnieniem, aby żyć w Obecności Jezusa.
W następnym roku zaczęłam się zastanawiać, czy ja także mogłabym otrzymywać takie
przesłania w chwilach
obcowania z Bogiem. Przez lata prowadziłam dzienniki modlitewne, ale była to komunikacja jednokierunkowa:
tylko ja mówiłam. Wiedziałam, że Bóg komunikuje się ze mną poprzez Biblię, ale pragnęłam czegoś więcej. Coraz
bardziej chciałam usłyszeć, co Bóg ma mi osobiście do powiedzenia danego dnia. Postanowiłam wsłuchiwać się
w Jego głos z długopisem w dłoni i zapisywać wszystko, co – jak mi się wydawało – do mnie mówił. Za pierwszym
razem czułam się dziwnie, ale otrzymałam przesłanie. Było krótkie, biblijne i na temat. Dotyczyło kwestii, które
były mi bliskie w tamtym czasie: zaufania, lęku i bliskości Boga. Odpowiedziałam na nie modlitwą, którą
zapisałam w swoim dzienniku.
Pisanie dziennika przybrało formę dialogu. Wkrótce przepływ tych przekazów stał się
bardziej swobodny
i kupiłam nawet specjalny zeszyt, aby je zapisywać. Ta nowa forma komunikacji z Panem zaczęła być
najważniejszym punktem mojego dnia. Wiedziałam, że moje zapiski nie są natchnione – jak Pismo – mimo
wszystko pomagały mi zbliżyć się do Boga.
Lata mijają, a ja w chwilach kontemplacji wciąż otrzymuję od Boga osobiste przesłania. Im
cięższe jest moje
życie, tym bardziej potrzebuję tych zachęcających wskazówek od Stwórcy. Ciche trwanie przy Bogu jest tak samo
ważne jak moje zapiski z tych chwil medytacji. W zasadzie zdarza mi się czasem, że trwam przy Bogu, nie
zapisując ani słowa. Gdy tak skupiam się na Panu, czasem doświadczam „pełni radości” (Ps 16,11), a czasem po
prostu rozkoszuję się Jego łagodnym towarzystwem i pozwalam, aby napełniał mnie swoim Pokojem. Przez te
wszystkie lata słuchania Pana z długopisem w dłoni czułam, że temat Pokoju Bożego odgrywa w moich zapiskach
coraz ważniejszą rolę. Jestem pewna, że ta tendencja po części odzwierciedla moje osobiste pragnienie, ale gdy
poznaję nowe osoby, przekonuję się, że balsamu w postaci Jezusowego Pokoju potrzebuje większość z nas.
Fragmentem Pisma, który zmienił moje życie, jest ten oto werset z Księgi Psalmów:
„Zatrzymajcie się, i we
Mnie uznajcie Boga” (Ps 46,11). Słowa „zatrzymajcie się” można też tłumaczyć jako: „rozluźnijcie się”, „puśćcie”
lub „przestańcie się starać”4. W tym wersecie Bóg w sugestywny sposób zachęca nas do tego, abyśmy odłożyli na
bok swoje troski i szukali Jego Obecności. Wierzę, że Bóg pragnie tych cichych momentów bardziej niż my sami.
Wierzę też, że Pan nigdy nie przestaje mówić do tych, którzy Go słuchają (J 10,27) i nieustannie polegam na
pomocy Ducha Świętego w tym względzie. Zgadzam się z J.I. Packerem, który w swojej książce Your
Father
Loves You [Twój Ojciec cię kocha] pisze: „Bóg […] kieruje naszym umysłem, gdy rozmyślamy w Jego
obecności”.
Wsłuchiwanie się w Boży głos pomogło mi zbliżyć się do Pana bardziej niż jakiekolwiek inne
ćwiczenie
duchowe, więc chcę się podzielić częścią tych przesłań. W wielu częściach świata chrześcijanie zdają się dążyć do
głębszego doświadczenia Obecności i Pokoju Jezusa. Zapiski zawarte w niniejszej książce wychodzą naprzeciw tej
potrzebie. Jedynym nieomylnym Słowem Boga pozostaje oczywiście Biblia; treść moich notatek musi być zgodna
z tym niezmiennym wyznacznikiem. Narratorem niniejszej książki uczyniłam Jezusa, więc to do Niego odnoszą
się wszystkie zaimki w pierwszej osobie liczby pojedynczej („Ja”, „Mój”). Zaimek „ty” odnosi się do ciebie,
Czytelniku; masz zatem wrażenie, że mówi do ciebie Jezus.
Po każdej notatce odsyłam czytelnika do określonego fragmentu Pisma. Gdy słuchałam Boga,
często na myśl
przychodziły mi wersety Biblii lub ich urywki, i postanowiłam wpleść je w swoje zapiski. Słowa pochodzące
z Pisma (parafrazy lub cytaty) złożono kursywą. Niektóre z podanych na końcu odnośników dotyczą właśnie tych
wyróżnionych fragmentów. Inne odwołania są mniej oczywiste; zamieściłam je, aby skłonić czytelnika do
głębszych przemyśleń. Niektóre z wersetów pojawiają się nader często, a to dlatego, że Bóg wielokrotnie się nimi
posiłkował, aby dodawać mi sił i otuchy, skłaniając mnie do odwrócenia wzroku od „niewielkich utrapień mojego
obecnego czasu” (2 Kor 4,17) i spojrzenia na świat z perspektywy wieczności.
Tematem, który często powracał, gdy wsłuchiwałam się w głos Boga, była istota wdzięczności
i zaufania. Te
dwie wartości są dość szeroko omówione także w Biblii i mają dla nas kluczowe znaczenie, jeśli chcemy cieszyć się
Obecnością i Pokojem Jezusa.
Przesłania stanowiące treść niniejszej książki powinno się czytać powoli, najlepiej w
ciszy. Zachęcam cię,
Czytelniku, do założenia dziennika i przelewania na papier wszelkich myśli oraz wrażeń, jakie zostaną ci zesłane,
gdy będziesz trwać w Jego Obecności. Pamiętaj, że Jezus to Emmanuel, Bóg z nami. Niech
coraz hojniej obdarza
cię swoją Obecnością i Pokojem.
Sarah Young